No jak niespodzianka, przecież zaglądam regularnie na forum, tylko mało mam do powiedzenia zazwyczaj
Poruszany tu problem jest strasznie trudny, już choćby z tego powodu, że powinno się dla jego przemyślenia poszerzyć krąg zainteresowania poza problem katolicyzm a społeczeństwo polskie, czy zachodnie. Bo przecież nie tylko katolicyzm jest na świecie, a i świat jest trochę większy
Nietrudno zobaczyć, że religia, np. islam ma ogromny wpływ na różne społeczeństwa, ot choćby regulując rolę jaką pełnią w nich mężczyźni i kobiety i co im wolno. Ze śmieszno-strasznych przykładów podać można choćby to, że w niektórych państwach islamskich, nawet tych bardziej postępowych kobiety nie mogą się uczyć jeździć samochodem, bo jak instruktor byłby mężczyzną (co raczej tam jest oczywiste), to przecież taka kobieta nie może z obcym facetem w małym samochodzie sama siedzieć.
Ale islam jaki jest, każdy widzi. A nawet wkrótce będziemy mogli się w jeszcze bardziej doświadczalny sposób przekonać, bo ta religia coraz bardziej wchodzi do Europy i teraz już, z uwagi na bierną postawę państw europejskich, nie da się tego zatrzymać.
Ale pewnie chodzi nam tu głównie o katolicyzm. Czy jego wpływ jest tak duży teraz to sprawa bardzo dyskusyjna, nawet w Polsce. Wydaje mi się, że problemem jest to, że stała się ona po prostu narzędziem za pomocą którego różni ludzie chcą załatwić własne interesy. Najczęściej po prostu dopchać się do władzy (tak jak partia, której nazwy nie wymienię), albo do pieniędzy. Albo do władzy i pieniędzy. Oczywiście ci, co się religią wysługują i zasłaniają to i duchowni i świeccy.
Gdyby katolicyzm - dodam, że ten prawdziwy, opierający się na naukach Jezusa - miał rzeczywisty wpływ na ludzi, to byśmy żyli jednak w lepszym pod pewnymi względami społeczeństwie. Ot choćby dlatego, że Jezus kazał "kochać bliźniego", dodając przy innej okazji, że każdy jest naszym bliźnim. Co oznacza, że gej, Żyd, lewak, prawak itd. są naszymi bliźnimi. Z drugiej strony, byłoby to społeczeństwo o wiele bardziej "pruderyjne" (nie mówię konserwatywne) niż teraz.
Właściwie nietrudno zobaczyć, że w katolicyzmie wiele rzeczy jest naleciałościami patriarchalnej kultury, gdzie np. rola kobiet była bardzo niska. Ta kultura wywodzi się jeszcze z antyku, kiedy chrześcijaństwo się rodziło, ale nie ma raczej nic wspólnego z tym, co mówił Jezus. No i potem przez wieki rzeczywiście religią wspierano te status quo i do niego zresztą dopasowywano sposób funkcjonowania religii i jej nakazy. Ot choćby właśnie podporządkowanie kobiet mężczyznom itd. Temat w ogóle jest bardzo rozległy i trudno mi go jakoś tak sensownie ująć.
Problem sensowności religii też jest bardzo trudny. Bo wyrasta na podstawie pytania, czy jakikolwiek bóg istnieje, które jest krańcowo trudne do odpowiedzi. Tym, którzy są nim zainteresowani polecałabym poczytanie książek księdza, ale przede wszystkim profesora, a więc naukowca, Michała Hellera o kosmologii. Ale w ogóle przemyślenie na własną rękę i zainteresowanie się właśnie zagadnieniami kosmologicznymi byłoby dobrym punktem wyjścia do próby odpowiedzi na pytanie o istnienie boga. Mówi się (to jedna z hipotez), że był wielki wybuch i tak powstał wszechświat. Ale przecież wcześniej, przed tym wybuchem nie mogło być nic. Z niczego nie może powstać "coś". Ale czym jest to "coś", z czego powstał wszechświat?
Z drugiej strony jest ważki argument przeciwko istnieniu boga (czy go piszemy z dużej, czy z małej litery). Jest to oczywiście problem istnienia zła. No bo jak to możliwe, że jest tyle cierpienia, wojny itd. a bóg nic nie robi, zupełnie. Albo: ktoś się o coś intensywnie modli, o coś obiektywnie dobrego, np. wyzdrowienie i nic. Czy więc nie ma nikogo, do kogo by te modlitwy docierały? Nie chcąc rozwiązywać tego ostatniego zagadnienia powiem za Hellerem, że skoro Bóg stworzył jakieś reguły funkcjonowania świata, jakieś reguły dotyczące chorób, życia i śmierci itd., to w tym się właśnie przejawia jego istnienie. I że błędnym jest oczekiwać, że będzie on działał wbrew swoim regułom.
Myślę, że pewien trop do rozwiązania zagadnienia istnienia boga powstanie wtedy, gdy człowiekowi uda się stworzyć sztuczną świadomość. Tzn. np. mózg elektronowy, który będzie posiadał świadomość siebie, tego że istnieje, że myśli, że odbiera bodźce z zewnątrz i który będzie posiadał unikalną osobowość (coś jak ten robot w filmie "Ja, robot"), powiedzielibyśmy może nawet - duszę. Bo jeśli da się sztucznie zrobić świadomość, no to podważy to pewnie konieczność istnienia jakiegoś boskiego dawcy owej świadomości, od którego otrzymać mieliby ją kiedyś tam ludzie. Ale dalej pozostanie problem tego skąd się wziął świat.
No i tu wrócę do kwestii sensowności podtrzymywania religii - jeśli boga nie ma, to jest ona zbędna zupełnie, szczególnie w swoich formach instytucjonalnych. Jeśli jest, to też owe zewnętrzne formy kultu nie wydają się niezbędne, to wynika zresztą z samej definicji boga - jeśli jest on kimś wszechmocnym, nieskończonym itd. to co mu po tym, że ktoś jakąś mszę odprawi? Ani na tym nic nie zyska, ani nic nie straci. Cały ten ceremoniał jest potrzebny tylko ludziom, żeby podtrzymywać w nich wiarę, no i żeby tworzyć jakieś poczucie wspólnoty.
Jeśli chodzi o sedno religii, o samą wiarę, to można by przyjąć, że też nie jest ona bogu w niczym potrzebna. Bo znowu - nic na niej nie zyskuje, ani nie traci, jeśli jest taki, jak go opisują. Co prawda teolodzy mówią, że Bóg stworzył człowieka z miłości i chciałby mieć wzajemność tego człowieka, więc z tego punktu widzenia ludzka wiara jest jednak potrzebna bogu do czegoś. Jeśli patrzymy zaś z ludzkiego punktu widzenia, to wiara jest potrzebna wielu ludziom, choćby po to, żeby mieć jakieś oparcie w tym niełatwym przecież życiu. Jakieś poczucie sensu. Niektórych zresztą może tylko wiara, że za złe uczynki zostaną ukarani i to gorzko, każe być moralnymi w życiu

Oczywiście uważam, że można żyć moralnie i być dobrym człowiekiem nie wyznając żadnej religii. Pisał o tym wystarczająco Tadeusz Kotarbiński.
Podsumowując - dobrze rozumiana i nie wykorzystywana (jak to teraz i właściwie może cały czas w historii) wiara i religia są potrzebne ludziom, choćby właśnie po to, żeby dawać im poczucie sensu i jakąś nadzieję.
To takie moje przemyślenia

PS. Jeśli kogoś interesuje problem "nauka i religia" , to jest taka książka (do której się zamierzam zabrać): "Wyrok na Galileusza i inne mity o nauce i religii" red. Ronald L. Numbers.