Najpierw proponuję to:
http://www.youtube.com/watch?v=tHu1Tn8rpM0Nasuwa się bowiem szybko na myśl.
A teraz do rzeczy:
Cytuj:
Owszem, mówi o kupnie sobie czegoś drogiego, ale czemu go stać? Bo ciężką pracą do tego doszedł, bo nie siedział na tyłku tylko działał i teraz może sobie na to pozwolić.
Oczywiście (bo to oczywistość). Ale poza ciężką pracą w życiu liczy się jeszcze pasja i dusza. Spotkałem się jakoś niedawno, chyba przy którejś z próbnych matur z polskiego z tekstem o tym, że lenistwo jest ważne - oderwanie się od prawdziwej, pożytecznej na przyziemnym poziomie pracy daje czas na rozwój wewnętrzny. Jeśli marzeniem jest kupienie sobie campera, to prawda, jest to na tyle proste, że kluczowa jest praca, bo praca da pieniądze, a to jest tu najważniejsze w drodze do celu.
Ale bywają i inne marzenia. Równie egoistyczne, abstrakcyjne i istniejące same dla siebie, ale działające inaczej. To artystyczne marzenia ludzi, którzy lubią pogrążyć się w snach. Jeśli chcę stworzyć coś, co będę mógł w duchu nazwać dziełem, potrzebuję czegoś więcej niż siekania wprawek na gitarze, ćwiczeń wokalnych, zakuwania i robienia zadań z teorii harmonii i kompozycji. Potrzebuję dostać emocjonalnego kopa, albo przez dłuższą chwilę leżeć i puścić swoje myśli luzem, aż bez żadnego popędzania dotrą do tematów dziwności świata i jego mieszkańców, albo po prostu iść sobie korytarzem i mijać kumpli aż nagle do głowy niespodziewanie wpadnie pomysł na jeden ciekawy rym, który w ciągu następnej godziny ciągnie za sobą piętnaście kolejnych. Nie zawsze harda praca i ostre skupienie na celu sprzyjają mu i nie zawsze wszystko dzieje się świadomie.
A cel nie zawsze da się jasno zmierzyć. Niezależnie od propagowanego podejścia do tej kwestii, żeby robić jasne plany, stawiać wymierne cele, ple ple ple, marzenia czasem nie da się zmierzyć. Jakiś czas temu zaplanowałem sobie "ten kawałek trochę momentami kupy się nie trzyma, w sobotę się za niego zabiorę", w sobotę przysiadłem do niego i nie słyszałem absolutnie, żeby coś się kupy nie trzymało! A to tylko dlatego, że zarówno w międzyczasie, jak i przy samym zabraniu się do roboty przesłuchałem go parę razy i niechcący przywykłem, tak, że i godziny słuchania innych rzeczy nie pomogły. Będę mógł poprawić ten numer dopiero, kiedy znowu przypadkiem dla jaj sobie posłucham i bez przygotowania na ten fakt usłyszę, co mi zgrzyta. Nie zaplanuję tego, nie zmierzę tego celu.
Specjalnie uniknąłem wbrew pokusie nazwania marzenia pana prowadzącego wykład płytkim. To byłaby zwykła obraza, grzech przeciw wszelkiemu marzeniu. Ale jednego nie można zaprzeczyć: człowiek potrafi postawić na piedestale przeróżne rzeczy, od najwięcej wartych, po te najmniej. Są ludzie, dla których świętościami są miłość, dobroć, pasja, są tacy, których serca wymyśliły przedziwne marzenia jak choćby kupno samochodu campingowego, są i tacy, którzy na piedestale postawią czystość rasy, prawo koraniczne albo cokolwiek, w imieniu czego spełnią swoje pokusy. Ludzie potrafią do bardzo przyziemnych i czasem krzywdzących rzeczy dopisać bardzo ładną ideologię z mówieniem o marzeniach, wypełnianiu swego przeznaczenia, wartości nielogicznych pragnień. Nie mówię tu rzecz jasna o panu Walkiewiczu - jedynie zaznaczam, że czasem warto się zastanowić nad tym wszystkim. I to kolejny cios w pracę na swe cele bez wytchnienia.
Odciąłem się od anarchizmu, kiedy zobaczyłem jak głupie jest anarchistyczne środowisko, choć nadal w sercu tli się płomyk wiary w pokój, wolność, równość i brak granic. Nieważny fakt, ale to dobra analogia do czegoś. Moją drugą artystyczną pasją równo obok muzyki jest fantastyka i mam autorski świat, w którym umieszczona jest wielka, epicka historia. Wielkiej epickiej historii w sumie nikomu nie pokazuję i ona, jako i świat tkwią głównie w moich notatkach. Bo co parę dni pojawia się nowy pomysł, który to wszystko uzupełnia, który czasem wywraca coś do góry nogami i dodaje sensu. Chcę najpierw mieć wszystko dopieszczone, a potem dopiero pokazywać komuś. Bo patrząc na ludzi, którzy mówią "carpe diem" jedynie jako pretekst, żeby chlać, ćpać, w nic nie wierzyć, nie mieć serca, przestaję wierzyć w to, że jutro świat się skończy. Mogę dać sobie czas. Ale ten czas to nie wytężona praca. To tylko kolejne kwadranse bezproduktywnego patrzenia w ścianę albo wyluzowanego pisania z kumplami dla frajdy, rzeczy, których żaden dojrzały i poważny człowiek nie nazwałby w istocie pracą.
To nie wytężona i sumienna praca, a pasja i przemyślenia, to luźne godziny patrzenia w nicość, które wzbogacają mój wewnętrzny świat o nowe przemyślenia, idee, wizje, które potem mogę przekuć w nowe piosenki, teksty, wątki historii. To moje własne marzenia, których nie przeniosłem jeszcze w jakąś wyraźną i wymierną rzeczywistość przez, przyznam, niedobór mimo wszystko koniecznej pracy, ale wierz mi, że jestem z tych rzeczy w mym rozumie i duszy dumny bardziej niż mógłbym być z doskonałego wykształcenia i pracy - ale to czas pokaże jeszcze wiele, bo dopiero co przygotowuję się do matury.
Cytuj:
W pozostałej części wykładu mówi tylko i wyłącznie prawdę. Może i oczywistości, ale widząc jakie mamy społeczeństwo nikt się do nich nie stosuje.
Strzępienie języka powtarzając w kółko to samo nie zmienia szczególnie wiele. A wiem jedno: społeczeństwo jest dziś o wiele za bardzo zakochane w truizmach. Furorę robią prawdy na poziomie przedszkolnych rymowanek, jedynie dlatego, że są prawdziwe. Już jako parodię można by podać bronkowe hasło wyborcze "zgoda buduje". Miałem jeszcze jeden przykład, ale wyleciał mi z głowy, bo w sumie parę dni temu o tym rozkminiałem.
A wszyscy mądrzy ludzie sukcesu lubią powtarzać slogany, w których zacząłem znajdować coś krzywdzącego. Cała ta propaganda sukcesu sugeruje jasno, że świat jest sprawiedliwy i każdy dostaje to na co zasłużył. To nie jest prawdą. Nawet nie chce mi się tego dowodzić. Wiem po prostu, że słysząc po raz kolejny bzdury o wartościowych ludziach, o tym, że wystarczy żebym bardzo chciał być lepszym człowiekiem a tak się stanie i żebym ciężko pracował a marzenia się spełnią, czuję się, jakby ktoś rzucił mi czymś mokrym w twarz. Bo wiem, że nazywa mnie bezproduktywnym człowiekiem bez woli walki i zapału do spełnienia swych marzeń. Że czuje się lepszy, bo jest
człowiekiem sukcesu. Bo ma campera a ludzie go słuchają, bo też by chcieli mieć coś drogiego a nie wiedzą jak się zabrać. To gadanie dobre dla ludzi, którzy nie mają realnych życiowych problemów, na przykład dla mnie - problem w tym, że nigdy nie chciałem być jednym z nich.
Cytuj:
Chyba, że kompletnie nie zrozumiałeś tego wykładu, albo osiągnąłeś już tak dużo, że dla Ciebie to nic nowego.
Zrozumiałem - to po prostu prawdziwe banały. I tak, osiągnąłem już tak dużo, że dla mnie to nic nowego. Tym osiągnięciem jest po prostu zdolność własnego myślenia. No i latanie po necie i napotkanie na wszystkie slogany pracy i marzeń miesiące przed popularnością tego filmiku. I świadomość, że na plakatach z tekstami "możesz spełnić swoje marzenia" są zdjęcia will z basenami nad brzegiem oceanu.
Cytuj:
W takim razie daj namiary na swój zespół i powiedz gdzie można kupić Twoją płytę.
I wtem w ramach zwykłego oburzenia, że ktoś się nie zgadza z powszechnie aprobowanymi prawdami przekreślasz kupę filozofii tego forum. Bo nagle okazuje się, że jeśli pracuję żeby być jak najlepszym wokalistą, to znaczy że na pewno wiele osiągnąłem, a jak nie to osiągnę i będzie to wymierny, kasowy sukces, taki że będziesz mógł sobie kupić płytę i pomyśleć "no fajne fajne". Jak zareagujesz, jeśli ja teraz poproszę cię o namiary na twoje komercyjne sukcesy? No tak, pokornych i pracowitych to nie dotyczy. Ale wypowiedzenie się przeciw powszechnej modzie to jeszcze nie jakiś szczególny brak pokory. Pracy zaś mojej nie możesz ocenić. Na sukces, taki, który prosty człowiek uzna, jeszcze czas. Bo to, że idea, zgodnie z którą postępuję, jeszcze nie przyniosła owoców, nie oznacza, że jest bezużyteczna i błędna. Jest po prostu jeszcze parę lat za młoda - bo chyba wagę cierpliwości uznajesz? To, że jeszcze nie dotarłem do celu, nie znaczy że nie znam drogi, łapiesz? Nie możesz sugerować, że wypowiadać się na temat drogi do celu można tylko będąc w nim. Oczywiście, uważać się za eksperta w dziedzinie o której gówno się wie to błąd, ale czemu nagle mam się zgadzać z tym gościem? Nie jest człowiekiem, jakim chciałbym być, nie osiągnął tego, co ja chcę osiągnąć, a jest to wyrażenie siebie w jak najlepszy sposób. Nie zamierzam tak po prostu przyjmować.
Jeśli jednak chcesz poznać moje sukcesy, wiedz, że gdy stawiałem ostatnie rallegio w czternastominutowej rockowej suicie, nad którą pracowałem jakieś dwa lata, czułem się najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem.
PS. Zdaję sobie sprawę, że wychodzę jasno na człowieka, który więcej gada, niż robi i chwali się, jakby miał czym. Miło byłoby jednak, żeby nie było tu nadmiaru zwyczajnego ad hominem... które zresztą już pojawiło się w poście, na który odpowiadam.