Cóż, w tym głównym dziale poza tematami na temat techniki i sposobów, są też opisywane problemy fizjologiczne i psychologiczne. Temat jest oczywiście przewrotny dla jaj, nie pojawiają się fizyczne problemy z odbytnicą przy śpiewaniu, ale prawda jest taka, że mam zwyczajnie ból dupy o to, że nie umiem śpiewać i nigdy nie będę wokalistą.
Cóż, mam dobrą wyobraźnię muzyczną (sporo komponuję i nieraz jest to naprawdę mocne), słaby, być może bardzo słaby jak na muzyka słuch i głos w mowie słaby a w śpiewie skrzekliwy, choć wiem, że to akurat do wyrobienia i macie tu o tym całe forum.
Najbardziej boli mnie kwestia słuchowa - jestem gitarzystą i już pisałem, sporo nieźle komponuję, a przy tym gram na gitarze na tyle długo, że jest już jakaś technika popisowa (ale tylko dla laików, dla gitarzystów żenująca) - zarazem nie jestem shredderem, gram świadomie, improwizuję z melodią i myślą, a nie ostrym łupaniem. Kompozycje też bywają złożone, ciekawe, przyjemne - i to nie kwestia braku samokrytyki, a po prostu porównania się pod różnymi względami do lepszych i gorszych - a i od ludzi pozytywne opinie dostaję zwykle.
Jednak to wszystko z:
- nastrojonym za pomocą stroika elektronicznego progowym instrumentem (granie) lub (komponowanie) GP gdzie można wszystko sobie posłuchać, sprawdzić, porównać wizualnie - prawda jest taka, że nie potrafię ze słuchu porządnie nastroić swej gitary - zwłaszcza bez porównania z chociaż jedną struną drugiej - ale nawet z tą pomocą dającą jakiś punkt odniesienia, pojawiają się nieczystości pomiędzy kolejnymi strunami - swego czasu potrafiłem na drugim końcu gryfu już zajechać o prawie cały ton
- znajomością z góry tonacji - ewentualnie potrafię wyłapać tonację szukając na gryfie dźwięku odpowiadającemu temu czyniącemu najmniejsze napięcie, ale zajmuje mi to chwilę - a i tak jeszcze trzeba dostosować skalę i ew. wyłapać nutki niebieskie, co już nie zawsze wychodzi
- znajomością teorii i układów paluszków - sporo za mnie potrafi zrobić to, co wyuczone - opalcowanie skal na gryfie i w ogóle wiedza, jak skala wygląda - nie jest to więc intuicyjne i słuchowe, a świadome i rozumowe
Ból dupy jest więc uzasadniony - po całych paru latach grania i to na tyle świadomie, że pozwala to sensownie komponować na podstawie wyobrażonych dźwięków itp. nadal marny słuch sprawia, że nie mogę nawet nastroić się bez elektroniki, a co dopiero śpiewać. Nawet w komponowaniu i samym wyobrażaniu sobie muzyki mam tak, że wiem dokładnie jakiej melodii chcę, ale kiedy gra mi w głowie, czuję że coś jest nieczysto - ostatni dźwięk brzmi mi w mózgownicy inaczej niż pierwszy, choć świadom byłem, że ma być ten sam.
Potrafię też słuchać świadomie muzyki, a jednak mam problemy ze słyszeniem samego siebie i tego co robię. Już w komponowaniu bywa tak, że kiedy chcę zrobić coś naprawdę z siarką, ostrym przesterowanym fałszem i zupełnym mrokiem, idąc w dziwny ponury progresywny metal, nie zauważam, że zaczyna brzmieć to po prostu źle. Dobrym przykładem jest to, że dziewczyna jest fanką wszelakich metalcore'ów gdzie dostrzegłem masę takich szatańskich niebieskich współbrzmień, hałasów, straceńczych wrzasków itp., a jednak kiedy sam skomponowałem coś właśnie z takim prog-metalowym mrocznym fragmentem i w ogóle różnymi fałszującymi psychodelami, stwierdziła że to do kitu. Nie potrafię też sensownie słuchać własnego głosu śpiewanego - nie kontroluję więc ni barwy, ni tonacji.
Drugi po słuchu problem to brak perspektyw - nawet jeśli wszystkiego da się nauczyć, to wymaga ogromu czasu i wydawałoby się to sprawiedliwe, ale... jedni uczyli się już za dzieciaka - czy to posłanie do szkoły muzycznej przez rodziców czy samo pogodne "śpiewaj śpiewaj, bardzo ładnie" do dziecka - wystarczy by się oswoić, nabrać pewności i tworzyć sobie plakietkę "wokalista" związaną choćby ze szkolnymi uroczystościami. Wokalistką jest więc dziewczyna co nie potrafi wiele i gówno się zna, nie umie na niczym grać i śpiewa w sumie słabo - ale ważne że od zawsze śpiewa i z tego jest w szkole znana przez wspomniane imprezy. Albo podczas gdy uważam się za lepszego muzyka i tworzę muzykę, teksty, gram, u progu kariery jest laska (teraz o innej mowa; była wokalistka mojego zespołu, która dostała ciekawszą ofertę gdzie mowa była o tysiącach PLN i robieniu znajomości w branży), którą po prostu rodzice posłali w wieku siedmiu lat na naukę śpiewu. Rozumiecie, nie chodzi mi o bycie Freddie'm Mercurym, ale po prostu śpiewanie w zespole. Nie wyobrażam sobie, żeby kompozycje i teksty, w które wkładam emocje, na które mam pomysł, miał w pierwszej kolejności interpretować ktoś inny, a nie ja i to jemu było by przypisane nie tylko wykonywanie ich, ale znając odbiór przez publikę, też napisanie tekstów. A już w ogóle, żeby śpiewał ktoś, kto nie zrozumie ni w ząb muzycznego bełkotu, który pozwoliłby lepiej improwizować, wykonywać, co zrozumie instrumentalista. Ale nie znajdzie się muzyk, który chciałby ze mną grać i pozwoliłby mi śpiewać, przynajmniej nie na tym poziomie, na którym obecnie jestem. Czy to delikatnie, balladowo, czy to wrzaskiem.
Żal jest więc o to, że nigdy nie miałem okazji ćwiczyć, a i obecnie mieszkający za ścianą brat nie pozwoli żebym tak na co dzień się darł dla poćwiczenia. Przez parę miesięcy jedynie chodziłem raz na tydzień na pół godzinki ćwiczenia w emdeku, ale szczerze mówiąc i tak niezbyt wierzyłem nauczycielowi, gdy mówił, że jest czysto - coś za łatwo to wszystko szło. No ale raz na tydzień po najwyżej godzince to sobie można.
Chciałbym być muzykiem, zajmować się tym tak w życiu, muzyka to dla mnie ogromnie ważna rzecz, jedna z najwyższych wartości bo łączę jej zasady z całym światem i dostrzegam jak życie i sztuka to jedno, ale samo słuchanie tak normalnie muzyki z zaangażowaniem i z własnego wyboru zaczęło interesować mnie dopiero w gimnazjum, a na poważnie zająłem się graniem i tworzeniem nieco ponad dwa lata temu, zaś za dwa miesiące kończę 19 lat i czuję, że to wszystko jest po prostu za późno, żeby zdziałać coś, skoro wszyscy, którzy coś osiągają, zajmują się tym od małego.
Poklepcie po główce.